
Do pierwszej polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej (RUE) pozostało dokładnie 365 dni. Przygotowania idą pełną parą, a plany przedstawione przez premiera Donalda Tuska w czasie ostatniej wizyty w Brukseli zostały dobrze ocenione. Zdziwienie budzi jedynie budżet. Chcemy błysnąć na europejskim firmamencie za mniej niż ... Belgia, która przejmując dzisiaj stery Unii otwarcie mówi o zaledwie o ich “podtrzymaniu” i to w planie absolutnego minimum. Po przyspieszonych czerwcowych wyborach nie wyłoniono w Belgii jeszcze nowego rządu, a rząd tymczasowy chce jedynie przebrnąć przez tę zupełnie nietypową sytuację , deklarując bardzo skromne europejskie przewodnictwo do końca 2010 roku.
Taktyka belgijskiego rządu nie powinna nikogo dziwić, współzałożyciele Wspólnoty mają dziś dużo poważniejsze problemy niż prezydencja w Radzie i, co za tym idzie, konieczność kształtowania unijnej agendy. Trwają właśnie negocjacje w sprawie utworzenia nowego rządu i mało kto zastanawia się, czy 12 -ta prezydencja Belgii nad UE przejdzie do historii… Ambicje urzędującego gabinetu - na czele z premierem Yves Letermem - temperuje także fakt, że głównym rozgrywającym w Radzie jest jej przewodniczący - były premier Belgii - Herman Van Rompuy. Dlatego też, jak pośrednio przyznał Leterme, lepiej dać mu większą swobodę, niż ścigać się na pomysły. Na swoje "5 minut nad UE" Belgia przygotowała budżet z ok. 118 mln euro, co daje 11 euro na 1 obywatela.
Dla porównania - polski budżet wyniesie ok. 100 mln euro (informacja pochodzi z MSZ), a według początkowych szacunków miało to być jeszcze mniej, bo 80 mln (dane z listopada 2008 r.). Rozbieżność danych świadczy albo o nadmiernym optymizmie na początku przygotowań, albo o celowym zaniżaniu kosztów, bowiem prezydencji nie da się zorganizować za mniej niż 80 mln euro (średni koszt wg francuskiego trybunału obrachunkowego). W ramach prezydencji trzeba m.in. zaaranżować 150 spotkań wysokiego szczebla, konferencji i debat, dofinansować policję i anty-terrorystów na polskie "szczyty" czy podremontować budynki Sejmu i Senatu. Na na realizację ambitnego programu dla Unii to może być za mało. Dlaczego?
Ostatnia "wielka" prezydencja w UE, od pierwszego dnia hiperaktywna i bogata merytorycznie, miała miejsce w drugiej połowie 2008 r., kiedy stery Unii trzymała Francja. Paryż wydał wtedy 170 mln euro, czyli prawie 1 mln euro dziennie! Polska, której ambicje sięgają wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego, bardziej dynamicznego rozwoju Partnerstwa Wschodniego i ożywienia rozmów nt. wspólnego systemu obrony w UE, powinna też wziąć francuskie doświadczenia pod uwagę i wypracować rozsądny kompromis. Tak, by z jednej strony uniknąć niedofinansowania, a z drugiej - kosztownych wpadek, jak np. francuski zakup czerwonego dywanu dla oficjeli za …100 tys. euro. Warto mieć to na uwadze, nasz debiut już za 365 dni.
Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego,
Lidia Geringer de Oedenberg
PS. Inne ciekawostki z zaplecza polskiej prezydencji:
* 1500 - tyle osób będzie pracować przy prezydencji, wliczając 35 osób z samego MSZ. Resztę będą stanowić urzędnicy z innych resortów i instytucji rządowych
* maj/czerwiec 2011 r. - wtedy zostanie zaprezentowane oficjalne logo prezydencji
* 14,3 mln zł - tyle będzie nas kosztowało... "sprzątanie" po prezydencji, czyli działania przewidziane na 2012 r.
* 11 zł - tyle będzie nas kosztowała prezydencja w przeliczeniu na 1 obywatela, czyli cztery razy mniej niż w obecnej prezydencji na jednego Belga.
Pani felietony naprawdę lubię czytać, bo, jak "janusz" zauważył, wypowiada się Pani tu merytorycznie, a nie 'propagandowo'
Dziękuję Pani za istotne informacje.W porównaniu z bełkoczącym pisowskim przydupasaem R.Czarneckim jawi się Pani jako bardzo kompetentna osoba,która wie po co jest w europarlamencie.
Lidka, kiedy przyjedziesz znowu do Oleśnicy?